Blogi spokój
| < Styczeń 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

miszpat@gazeta.pl

środa, 07 stycznia 2009
Na słodko

Nie będę się rozpisywał na temat wspólnego spotkania poświątecznego, ba - ograniczę się jedynie do podziękowania gospodarzom raz jeszcze za gościnę, a wszystkim innym za mile spędzone chwile.

Piszę dla L., którego też jednocześnie pragnę przeprosić. Jeśli jego wzrok mógłby przypalać, byłbym teraz jedynie rozwianą przez wiatr garstką popiołu słabo zdolną do napisania tych paru słów i podzielenia się przepisem na, „Ciastko z bananem”.

Zapewne nie będzie ono tak wyborne jak to upieczone przez A. - ciastko oczywiście, a tekst tak lotny jak stwierdzenie L., po fakcie odkrycia mojego haniebnego czynu utylizacji ostatniej porcji pysznego, wyśmienitego, dojrzewającego w temperaturze pokojowej kawałka tortu z bananem i bitą śmietaną, a i karmelem, odnośnie mej kondycji umysłowej.

Ciasto można zrobić na przynajmniej dwa sposoby, jeden sposób zajmie około 5 minut (A), drugi ok. 20* (B). Nie uwzględniam czasu potrzebnego na zakup – a racze znalezienie potrzebnych składników, choć biorąc pod uwagę magiczne właściwości pewnych miejsc – vide szafka z koszulkami :>- może się okazać że magiczna szafka kuchenna wszystko czego potrzeba w sobie skrywa.

Do rzeczy jednak,

A- biszkopt – baza, karmel bądź karmelizowane mleko – puszka, tubka, banany ok. 4 szt.,

bita śmietana – można kupić gotową, można ubić, czekolada do dekoracji.

Jak zrobić: biszkopt smarujemy karmelem, układamy na to pokrojone banany, smarujemy bitą śmietaną, posypujemy tartą czekoladą, gotowe.

B- paczka ok. 200 g ciastek digestives, szkolnych, herbatników z kokosem wedle uznania – muszą być herbatnikopodobne nie biszkoptopodobne - rozkruszyć, 5 dkg masła (zmiękczyć, rozpuścić), karmelizowane mleko (można zrobić kupując kondensowane mleko słodzone i gotować przez ok 3* godzin w zamkniętej puszce całkowicie przykryte wodą, (sposób stary jak świat a raczej puszkowane mleko kondensowane), 4 banany przekrojone wzdłuż można karmelizować-smażyć na małej ilości masła, bita śmietana, czekolada.

Jak zrobić: przygotowujemy formę tortową -  wykładamy pergaminem, papierem do pieczenia, folią spożywczą etc. Kruszymy herbatniki i mieszamy z masłem, w konsystencji ma to przypominać bułkę tartą używaną do posypywania fasolki szparagowej ew. ściśnięte mocno w palcach mają tworzyć w miarę litą grudkę. Masą tą wykładamy dno foremki i do zamrażalnika na ok 15 minut.

W międzyczasie karmelizujemy banany, ubijamy śmietanę, trzemy czekoladę, pijemy herbatę, oglądamy telewizję, zachwalamy niniejszy przepis...

Na ciasto nakładamy karmel, banany, smietanę posypujemy czekoladą, Właściwie gotowe do zjedzenia. Oczywiście możemy włożyć do lodówki, ale czy ma to sens ;).

14:01, miszpat
Link
piątek, 08 sierpnia 2008
Nie lubię się.

Do posłuchania 

Nie lubię swoich niezgrabnych paluchów i palców. Swego krzywego nosa i dużych uszu. Lichej czupryny i takich nijakich niebieskich oczu. Swojego niezdecydowania i zapominalstwa. Nie lubię tego obiecywania i niespełniania obietnic. Nie lubię swego braku należytej troski o otaczających mnie pozytywnie do mnie nastawionych ludzi. Niepamiętania dat i ważnych wydarzeń. Nie wiem czasem jak można ze mną wytrzymać choć wytrzymałem już ze sobą nieco, wciąż nie mam pojęcia dlaczego i jak ;). Wszystkim tym którzy jednak są i myślą o mnie, wspierają tak czy inaczej, pragnę podziękować serdecznie. Dziękuję za życzenia i za ich brak też dziękuję. Za wszystkie spędzone wespół-zespół chwile. Całuję, ściskam i ślę uśmiechy. :)

15:34, miszpat , Myś-masz
Link
czwartek, 07 sierpnia 2008
"Babcia"
01:04, miszpat
Link
poniedziałek, 03 grudnia 2007
Bez tytułu

Cokolwiek powiesz będę cię kochać”. Śpiewa pewna pani gdzieś tam w tle, do tego stopnia długo że przebiło się to do mej świadomości. Nie staranowało, nie wywaliło dziury i podmuchem przestawiło tok postrzegania. Po prostu brzęczy, za ścianą z przeszklonego pudła. Ciemnej skóry powabność kobieca froteruje tapetę i posadzkę starając się wyeksponować swoje nieszczęście.

Może inaczej wygląda, na nieszczęśliwą. Głos płaczliwy, jękliwy zawodzący. Mnie taki rodzaj ekspresji nieodmiennie kojarzy się z porażką, smutkiem i pogrzebem.

Czy jednak taka deklaracja nie powinna być radością, szczęściem. Toż to brzmi jak przysięga, która wypowiadana w utrwalonym stanie umysłu powinna być kamieniem milowym i fundamentem czegoś co postanowiliśmy zbudować. Czegoś co po wsze czasy, aż do śmierci, amen.

Nie jestem przeciwny ślubowaniom, oświadczeniom, przysięgom. Zastanawiam się do czego mógłbym przyrównać ów wyśpiewany tekst. Może po prostu do podśpiewek. To że padają w niej słowa o znaczeniu poważnym nic chyba jednak nie wnosi.

Co z kolei wniosła do mego życia owa piosenka? Przypomniał mi że idą święta, czas życzeń, czas noworocznych deklaracji, ślubowań i przysięg. Czas rozliczenia i bilansów. I tak sobie pomyślałem że jeśli mógłbym sobie coś chcieć obiecać to... „nie dać się zwariować”. Rzeczy mają swój początek i koniec każdego dnia. Deklaracją może być wypowiedzenie paru słów po otworzeniu oczu, obiecanie sobie...

Problem w tym że lubię długo spać, więc i porannych obietnic tym samym nie będzie, co do życzeń to się zobaczy.

19:01, miszpat
Link
sobota, 24 listopada 2007
Loty nielota.

Przez krótka chwilę poczułem, zamknąłem wówczas oczy.

Lot


"Mówi się wiatr we włosach" pragnąc określić stan odczuwanej wolności. Wyzwolenia z ograniczających przekonań że czegoś nie jest się w stanie zrobić. Bądź też realizuje się swoje marzenia i wizje. Zawsze chciałem napisać coś co było by czytane przez kogoś i przez tego kogoś skomentowane.

To w jakim stopniu moje "popełnione teksty" można nazwać pisaniem a komentarzami wpisy pod nimi, nie jest ważne. Ważny jest ów flesz który rozjaśnia ciemność wydobywając z niego kształty. On "się" zapalił. Dziękuję, komu? Wszystkim i nikomu tak naprawdę.

Teraz trochę "ciemność widzę", ale czuję że zmiany powoli następują. I powoli zaczynam je akceptować. Wszystko ze mną w porządku, zdrowym i w ogóle to tak na marginesie. Na marginesie też podpowiem że brak możliwości komentowania wpisów jest moją decyzją, świadomą i przemyślaną. Jeśli ktoś chce mi coś powiedzieć znajdzie sposób aby to uczynić.

Podaję też linka do tekstu będącego swoistą alternatywą do niniejszego wpisu tutaj.

13:56, miszpat , Wstęp
Link
sobota, 10 listopada 2007
Kolacja.

Zaproszę na kolację.
Jedzenie przygotuję sam. Owoce morza, bo lekkie, bo zdrowe bo smaczne.
Bo nie każdy je lubi.

Krewetki królewskie będą w winie czerwonym.
Nie.
Wino czerwone będzie w kryształowych pucharach.
Krewetki będą w maśle. Czosnkowym. Bo czosnek..., jak jeść to we dwoje.
Krewetki pozostawię w skorupce,
natnę lekko nożem i oczyszczę

Usmażę na maśle z dodatkiem białego wina.

I pozwolę Jej zgrabnym palcom,
czubkowi języka i zębom wniknąć pomiędzy "szare, zewnętrzne i rozchylone"
aby pochwycić i rozkoszować się soczystym środkiem

-pozwolę i sobie.

Ostrygi zapiekę, dwie zostawię surowe. Lubię ich arbuzowy zapach i delikatną słoność.
Podobną do tej niesionej strużkami potu perlącego skórę. Lecz tylko podobną.
Pozbawioną ciepła i drgania. Pozbawioną oddechu i pulsu.


Zakwaszę je lekko sokiem z cytryny. Zagryzę ćwiartką pomarańczy.
Dwie pozostałe ćwiartki dam tobie. Pachnące jej skórką palce zasłonią mój uśmiech.
a zapach pomarańczowy mnie przeniknie i stanę się zapachem... i ową cząstką w twych ustach.


A małże z ... białym winem i tymiankiem i szałwii liściem i pietruszką i masłem i cebulką i czosnkiem i prosto i szybko i "Moule Marinier" i owo w nim urocze "er" i... kolejna lampka wina.

A deser, ależ on tuczy, będzie bardzo lekki.
Rozedrgana panna cotta, ależ ona się kojarzy, zwieńczona "czerwienią malinową".
Kolejna lampka wina, ależ ono mocne, igra czerwienią kryształowych błysków.
Zapytam czy smakowało, odpowiesz że dobrze gotuję, nie odpowiadając wprost na moje pytanie.
Zapytam czy zatańczysz, odpowiesz że lekko w głowie szumi, ja załączę muzykę.
Poprosisz o kolejną lampkę wina i znikniesz na chwilę.
Za chwilę wstanę i uprzątnę stół, albo nie. Nie będę sprzątał pójdę spać.

Posprząta się samo. Jedyny plus wyimaginowanej kolacji.

22:04, miszpat
Link Komentarze (24) »
sobota, 13 października 2007
Być profesjonalistą.
Znaczenie słowa profesjonalizm zapewne znane jest większości. Pojęcie "profesjonalnych narzędzi"(?), wydaje się równie oczywiste choć jednak...
Pierwszy z brzegu przykład profesjonalnego - mechanika. Który zapewne nie zaopatrzy się w jakieś "bożej krówce" w zestaw narzędzi za 20 zł aby przy ich pomocy reperować samochody. Potrzebował będzie trwałych, niezawodnych i co zapewne pójdzie w parze, drogich narzędzi. Pewne firmy produkujące elektro-narzędzia różnicują swój sprzęt przeznaczony dla majsterkowiczów i profesjonalistów choćby przy pomocy barwy obudowy. Wyglądająca niemal identycznie (jeśli nie identycznie) wiertarka różniąca się jedynie kolorem na zewnątrz, wewnątrz skrywa tajemnicę niedostępną dla oka. Widoczną jednak choćby w mocy czy żywotności oraz "zdolności do znoszenia ciężkiej pracy".
        Profesjonalizm jest ponoć rozpoznawalny. Rzetelność dokładność, troska o wykonywaną pracę i zleceniodawcę. Zwidziała mi się ostatnio szczoteczka do zębów, reklamowana jako profesjonalna(?). Skojarzyłem sobie, że może chodzi o narzędzie używane w gabinetach stomatologicznych albo co. Ale nie, szczoteczka właściwie jak szczoteczka. Trochę elektryczna trochę droga, może zbajerowana. Ale szczoteczka. No i wpadło mi do głowy że wykonywanie czynności takiej jak szczotkowanie zębów profesjonalizmu raczej wymagać nie musi. Wiem że są zasady których przy jej wykonywaniu trzymać się należy (zmienne jak dobrze pamiętam - znaczy ktoś to bada i się w tym temacie doktoryzuje np. ;)). Ale wszak wykonuję ta czynność codziennie, o odbiorce zlecenia dbam, staram się raczej więc może powinienem podciągnąć się pod miano profesjonalisty? Jest jeszcze kilka czynności które wykonuję z nie mniejszą troską.

Jeśli więc jest czynność, którą należy wykonać i jest ktoś kto ową czynność, zgodnie z zasadami czyniącej na jej temat badań nauki wykona, następnie zostanie wynagrodzony - jest profesjonalistą. Czy zatem może być profesjonalistą cenzor? Czy może nim być zatrudniony jako autorytet moralny administrator? Jeśli popatrzymy na sprawę z punktu widzenia np. portalu internetowego, może. Jest ustanowione prawo. Są ludzie którzy respektowanie tego prawa przestrzegają. Czy jednak na pewno? Czy mimo wszystko nie kierują się sympatią i antypatią? Jednych nie traktują ostrzej odpuszczając innym? Czy to profesjonalizm? Czy bycie "bardziej moralnym" przystoi? Wszak pensja przysługuje za nadzorowanie przestrzegania prawa (ot netyki). Wiem pytam jak dziecko...

Im dłużej żyję tym częściej spotykam się z przejawami teori, iż świat zbudowany jest z elementów połączonych sznurkiem i taśmą klejącą. ;) Informatyczne projekty pełne błędów i niedopracowań. Błyszczące samochody z felerami wołającymi o pomstę do nieba. Rozpoczynanie wielkich wypraw z wiarą w kieszeni zamiast dowodów... Historia ludzkości pełna jest przykładów które można by pod ową "teorię" podciągnąć. Wspólne jest jedno. Jesteśmy w stanie robić rzeczy wielkie - tyczy się i błędów. Jesteśmy też w stanie wybaczać.

Zauważyłem że zakończenia moich wpisów coraz częściej przypominają zakończenia moralizatorskie bajek. Obiecuję zadbać o to w przyszłości aby owo podobieństwo zlikwidować. Jednak tak trudno nie nawiązywać do klasyki ;).
wtorek, 18 września 2007
Mężczyźni wolą młodsze.

Jest to prawda niemal powszechna. Nowszy samochód niesie ze sobą mniejszą ilość problemów związanych z eksploatacją. Najnowsze techniczne gadżety poza wzbudzaniem wewnętrznego "łał" i potencjalnie zazdrości często przynoszą dodatkowe funkcje i funkcjonalności których oczywiście mężczyźnie nigdy za wiele. Młodsze kobiety z kolei... Wbrew pozorom to nie o tym miało być. A może i o tym? Pisząc o nowych samochodach oczywiście od razu przyszło mi na myśl aby dodać coś w kwestii licznych Tych którzy wybrali starsze i męczą się ze wszelkimi ich problemami. Grzebią, przerabiają. Spokojnie znoszą wszelkie awarie, wypadki, przypadki i niedogodności. Taka "kombinatoryka"stosowana. Można powiedzieć że to z wygody. Wiadomo zapewne pewnym osobom jak wyglądają najnowsze modele. Gdy otworzysz - lita masa może z dwoma dzyndzelkami do ew. podpięcia specjalnego najnowocześniejszego - trendy - urządzenia, które w czasie gdy robi "ping" robi coś jeszcze i oto wszystko staje się proste i jasne. Sezam - no sezam wszak samochód, staje przed Tobą otworem. Możesz działać. Wyposażony oczywiście specjalnie ku temu. Czysto, precyzyjnie bezszumowo. Czasem z delikatnym dźwiękiem wypracowanym specjalnie i skomponowanym na potrzeby tej chwili.

Słowem wtrętu, czy wiecie że szum w aparatach komórkowych jest sztucznie generowany aby ludzie czuli się dobrze? Ponoć cisza powoduje niepokój utraty połączenia. Jest też tak z innymi urządzeniami el.. Ponoć nie ma problemy z zaprojektowaniem bezdźwięcznego odkurzacza (elektrolux coś tam kiedyś...).  Szum silnika zastąpiony będzie miłymi dla ucha dźwiękami.

Niemalże z muchą pod szyją i w surducie. Kolejny raz zapytam siebie o czym właściwie miało być? Chyba o do młodszych, mężczyzn pociągu. A wyszło... Pewien Pan zaproponował mi ostatnio odłożenie "kombinerek" których do rąk przyrośnięcie widać choćby w słowach przelewanych za pomocą klawiatury. Miał rację że kombinuję, nie potrafię prosto i zwięźle i na temat. Może nie to że nie potrafię ale trudno mi nieco. Prostotę uwielbiam. Jest ona dla mnie sednem. We wszystkich niemal dziedzinach życia. Począwszy od architektur, "wnętrzarstwa", ubioru... kuchni i rozwiązań prawnych a kończąc na - myślach. Niestety-stety jakoś, słabo mi wychodzi. Ot taki Robert kombinerkoręki. A z tym pociągiem do prostoty, a z tym pociągiem do młodości... Korci mnie aby jeszcze coś dopisać pozostawię jednak ten tekst trochę bardziej krótki, znaczy bardziej prosty - znaczy bardziej krótki znaczy...

środa, 29 sierpnia 2007
Dolne sterowanie

Dziecięciem będąc, nie tak całkiem dawno jak by się mogło zdawać, mimo swej bogatej wyobraźni nie dopuszczałem myśli że to ktoś inny niż rodzice układa moje życie. Ot karny dzieciak i grzeczny. Z biegiem czasu rzecz oczywista pozmieniało się w tej kwestii. Karnośc i grzeczność pozostała ale... Połączenie faktów wpływu słów, zachowań własnych na słowa i zachowania innych było łatwe. Wpływu posiadania pieniędzy i co za tym idzie szerszego zasobu towarów możliwych do zdobycia - pomimo paru chwil w życiu które ciężko zapomnieć zaistniałych w określonych "okolicznościach przyrody" - niemal oczywista. To że mężczyżni "wolą blondynki", że kobiety wolą wysokich, że polityka jest do bani i dla baniaków, że najlepszym pilotem do sterowania facetem jest pantofel... i całe stado innych "prawd" które poukładałem sobie jakoś i które może nie do końca zrozumiałe akceptuję, a zapytany o ich przyczynę jakoś sobie radzę z odpowiedzią. Że światem rządzą ż... ądzą(?), nie chyba jednak rządzą jest poprawnie, geny - też sobie uświadomiłem. Pan Dawkins popełnił na ten temat książkę gdzie w sposób stanowczy i "jasny" przedstawia owego samolubnego "osobnika" poczynania. Jedną z wielu rzeczy które nie pasowały mi to - ta taka bezcielesność. Ja wiem ewolucja, dobór naturalny terefere, no ale coś nie tak. Aż tu nagle się okazuje że to geny mogą się ucieleśnić jako coś co potrafi nami sterować. Trach mamy wirusa! (w sumie to ma trochę tych genów ale miernota), trach nicienie - tu już lepiej. Nagle zataczamy swoiste koło i wracamy do źródeł. Jeśli rządzą nami geny to te stanowiące jak dla mnie materialną ich realizację. Otaczające nas żywe istoty. Co się dzieje na poziomie niższego i wyższego rzędu - mogę się jedynie domyślać. To czy lico Pani X podoba mi się, bo przekazany mi przez pra-pra-babkę gen "realizuje" się w jakiś sposób w twarzy tej kobiety(?) hmmm. Niech tak będzie a jeśli nie to niczego to nie zmieni.

Konkluzji raczej nie będzie, może tylko mała uwaga - jeśli miniesz osobę z uroczą dla Ciebie, pomyśl że to owa "mała zbieranina chemiczna" być może wywołała to uczucie i mam nadzieję że uśmiech zagości na twarzy - bo mimo wszystko jest to zabawne. A jeśli jeszcze pojawi się to w miarę szybko i zauważalnie dla Tej osoby...

"że niby uśmiechasz się zawsze(?), to się podwoi ten uśmiech. Że co niby chciałem powiedzieć (?) nic, właściwie to chciałem zachęcić do przeczytania zlinkowanego art. i do uśmiechania się ot i wszystko.

"Świat mistrzowskich manipulacji"

wtorek, 21 sierpnia 2007
"moja wolność,

kończy się tam gdzie zaczyna wolność innych" mniej więcej tak to brzmi i zapewne wszyscy znają to powiedzenie. Jak daleko sięga moja wolność. Rozkładam ramiona, kroczę stając naruszając wolność ściany która niewzruszenie i kategorycznie "mówi" stop. Moja "wolność roweru" spotkała się się z "wolnością sąsiadów do uroczego widoku na balkony bloku w którym mieszkam" rower wylądował w garażu. Tym samym zaanektowałem strefę wolności "widoku uroczego na balkony bloku..." stała się ona moją "własną". Ale nie jest ona moją, została mi narzucona przez zasady otoczenia w którym przyszło mi mieszkać. Zasady, zasady wokół ich pełno i często tyczą się dziedzin które wydawać by się mogło są bardzo osobistymi. Wokół nas puchnie strefa naszej wolności. Często całkowicie poza nami i wbrew nam. Owa puchlina tylko zwiększa prawdopodobieństwo iż każdy nasz bardziej gwałtowny ruch będzie wkroczeniem w "strefę". Jak mają się moje proste zasady do ich rozdmuchanych? Moje potrzeby do ich tak naprawdę nieokreślonych.  Może chodzi po prostu o przywiązanie do szczegółów na które ja nie zwracam uwagi, mało istotnych nie wartych "gry"? Ulegam, tracę stając się nieudacznikiem. 

 

00:53, miszpat
Link Komentarze (16) »
 
1 , 2 , 3